Przypadkowa ofiara – Dylatacja czasu

Jestem człowiekiem, który ma dużo czasu. Pewnie większość z Was może powiedzieć to samo o sobie. Pewnie tak, ale czy możecie spać do siedemnastej? Ja tak. Pracujecie zwykle cztery dni w tygodniu? Ja tak. Możliwe, że niektórzy z Was nawet mnie znają. Jestem jednym z tych sukinsynów, którzy czasem mówią człowiekowi przed klubem, że tutaj niestety nie wejdzie.

Praca nie jest tak przyjemna, jak by się mogło zdawać, niemniej ma tę zaletę, że pracując w nocy, mam wolne całe dnie. Czasu więc miałem dużo, bardzo dużo. Do zupełnie niedawna.

Dziś, kiedy piszę ten felieton, już w zasadzie nie mam go tyle co zwykle. Po pierwsze, muszę oddać ten tekst do północy (a jest wpół do dziesiątej), po drugie, kiedy Wy będziecie to czytać, ja już będę w wojsku. Został mi dokładnie tydzień. Siedem dni – coś, czego zwykle nikt nie docenia. Jedynie studenci potrafią czasem zrozumieć, jak długi i jednocześnie tragicznie krótki potrafi być zwykły tydzień. Tak, tylko, że ja akurat nie mam sesji. Ja idę do wojska.

Głupia sprawa, zostały mi jeszcze dwa lata do osiągnięcia wieku poborowego i nagle, bach, trzy i pół miesiąca temu dałem się złapać Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień. Nie zmartwiłbym się tym może aż tak bardzo. Kiedy patrzę wokół siebie idąc do pracy (zwykle jest już ciemno i niewiele widzę) lub czasem zaglądam do telewizorni, dochodzę do wniosku, że w wojsku nie może być źle. Będę miał wyro, żarło i dużo ciekawych zajęć. Tutaj mam Belkę, zrujnowaną gospodarkę, zerowe (praktycznie) perspektywy i tyle innych rzeczy, że aż wstyd wyliczać dalej. W dodatku to dopiero początek tej jazdy bez trzymanki jaką naszemu krajowi zafundowały władze pracując pilnie przez ostatnią dekadę.

Tylko dlaczego ja się nie cieszę, że idę do wojska? Bo to rok z głowy? Bzdura. Co ja stracę przez ten rok? Trochę nerwów, ciężkiej harówy i pospolitej polskiej paranoi, która chociaż czasem śmieszna, częściej jest bolesna dla człowieka.

Może boję się fali i innych takich historii? Może. Tak się jednak składa, że najczarniejsze wizje rozsnuwali przede mną ludzie, którzy nigdy w armii nie byli, ci zaś z moich kumpli, którzy odsłużyli swoje, twierdzą, że można dać sobie radę. Oni sobie dali, to chyba coś znaczy.

Co więc mnie powstrzymuje, żeby z radością skorzystać z darmowego biletu na pociąg i z uśmiechem na twarzy pognać 29 stycznia do mojej jednostki (ciekaw jestem, kiedy ktoś mądry w rządzie stwierdzi, że na dojazd do jednostki powinna być jedynie ulga 37% a nie darmówka)? Odpowiedź na to pytanie jest w zasadzie prosta. Ale o tym za chwilę.

Cofnę się do początku tego tekstu i nawiążę znów do moich dywagacji o czasie. Mając go tak dużo, jak to we wstępie napisałem, przyzwyczaiłem się, że czas płynie bardzo powoli. Są takie sprawy, w których czas zawsze płynie powoli. Tak jest np. ze studiami, które zabierają w najlepszym wypadku pięć lat, czasem dłużej. I tak jest z miłością.

W miłości, ponoć, czas robi swoje. Miałem okazję się o tym przekonać. Kiedy kilkanaście miesięcy temu wyprowadzałem się z domu, spotkałem na swojej drodze sporo nowych ludzi. Losy ludzkie są nie do podrobienia, żaden scenariusz nie opowie tego, co pisze życie. Pół roku później mieszkałem we wspólnym pokoju (przez szafę) razem z dziewczyną, którą w zasadzie wcześniej znałem głównie z imprez i „mieliśmy wspólnych kumpli”.

Nikt nie chciał ani jej, ani mnie uwierzyć, że można sobie, ot tak, mieszkać z kobietą w jednym pokoju. I nic? – pytali kumple. Nic. Śmialiśmy się z tych, którzy twierdzili, że to kwestia czasu. Śmialiśmy się i chodziliśmy razem na piwo na Pola Mokotowskie albo na Morskie Oko. Nawet kiedy współlokator, z którym mieszkaliśmy podłożył nam świnię i musieliśmy się wyprowadzić, nie przyszło  nam do głowy zmieniać naszego układu. Aż do drugiego dnia po przeprowadzce.

Może musieliśmy dojrzeć do tej decyzji, poznać się lepiej? Na pewno. Wiem, że podjęliśmy ją z dużym wahaniem, ale nigdy nie chcielibyśmy cofnąć czasu. Chociaż, kiedy się z kimś mieszka w jednym mieszkaniu, w jednym pokoju, to ciężko jest chodzić na randki. Zamiast umówić się pod kinem, przynosisz do domu film na płycie. Zamiast zabrać swoją dziewczynę do restauracji, częściej zdarza ci się stanąć do garów. Co nie znaczy, że nie chodzimy do kina, na imprezy i na koncerty. Wręcz przeciwnie. Mając siebie nawzajem w domu na co dzień, staramy się jak najczęściej „wyskakiwać na miasto”. Żeby nie zwariować i (choć to wydaje mi się niemożliwe) nie zacząć się nudzić sobą.

Wrócę tu do pozostawionego bez odpowiedzi pytania, czemu nie cieszę się, że idę do armii? Wielu ludzi mówiło mi – „Chłopie, daj spokój, lepiej teraz, niż za parę lat, jak będziesz miał dom, rodzinę, dzieci…”.

Nie mam dzieci.

Ale mam swój dom, o który długo walczyłem i bardzo się starałem; uparłem się nawet, że musimy mieć prawdziwą, pełnowymiarową choinkę na święta, bo to dla mnie było pewnym symbolem „domowości”. Mam kobietę, którą bardzo kocham i jak pomyślę, że widywać ją teraz będę raz na… jakiś czas (cholera wie jaki), zamiast móc spokojnie zasnąć przy jej boku to po prostu odechciewa mi się jakiejkolwiek służby.

Nie będę świrował, nie będę uciekał przed żandarmami, dawał wielkich łapówek. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie przemyślałem takiego wyjścia. Postanowiłem jednak, że raz w życiu zrobię coś, czego chce ode mnie państwo. Przestanę zarabiać pieniądze, płacić ubezpieczenie, generować PKB i wspomagać obrót gotówką. W zamian za to, dam się na cały rok zamknąć na koszt podatników w koszarach, gdzie banda takich ludzi jak ja tak samo nie wie, co ze sobą zrobić.

I żaden z nas nie będzie w najmniejszym stopniu sensowny na tym przydzielonym mu odgórnie miejscu.

Sądzę, że armia zawodowa będzie piękną instytucją. Chociaż na razie, czuję się jak przed podróżą w nieznane – za siedem dni mam się zgłosić na jednostce.

Jeżeli mają tam papier i długopisy, to na pewno nastąpi dalszy ciąg tego felietonu.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba