Złogi

Prolog

Ciężkie, brunatne chmury zaciągnęły stalowoszare niebo, tłumiąc bezlitośnie ostatni blaski krwawo zachodzącego słońca. Mrok gęstą, ciężką zasłoną zakrywał szybko kolejne obszary. Tysiące czarnych jak sadza cieni wypełzły z zakamarków, niczym małe strumyki rozlewając się wkoło o łącząc w coraz większe kałuże ciemnych plam, aż zlały się w jedno wielkie, czarne, matowe jezioro. Z powierzchni ziemi zaczęła podnosić się powoli gęsta, szara mgła, która szybko wędrowała w górę, pokrywając wszystko lepkim, wilgotnym całunem. Z wąskich, głębokich rozpadlin sączyły się toksyczne wyziewy, znacząc chorą poduszkę mgły jadowitymi żółtymi i sinymi plamami.

Asfalt rozgrzanej za dnia ulicy parował w szybko ochładzającym się powietrzu nadciągającej bezlitośnie nocy. Na tej szerokości geograficznej pory doby zmieniały się szybko. Zaledwie kilka minut wcześniej ostatnie promienie słońca oświetlały jeszcze wąwóz ulicy okolony wysokimi, ponurymi budynkami. Teraz ciemności skryły wszystko. Z trzewi tego ohydnego miasta wypełzły na powierzchnie stworzenia mroku. Ogromnych rozmiarów szczury rozbudzone przez zmierzch nadbiegły z gnijących w głębinach kanałów, unosząc na futrze drobinki szlamu i toksyn. Na krótkich, mocnych łapach biegły w wymarłe miasto, obejmując je w swoje posiadanie.

Wielki, stary samiec wychynął ostrożnie z dziury, jaka pozostała po zarwanej studzience ściekowej. Jego siwy pysk okalały wystrzępione wibrysy, którymi poruszał nerwowo, badając uważnie otoczenie. Ciemne, błyszczące oczy przebijały mrok, poszukując ruchu. Szczur obracał powoli masywną głowę, aż wreszcie, najwyraźniej usatysfakcjonowany, wypełzł całkiem z rozpadliny, wlokąc za sobą gruby, nagi ogon, złamany w połowie. Wielki gryzoń wiedział dobrze, jakie niebezpieczeństwa czyhają w tym upiornym, zmarłym mieście. Szybko potruchtał wzdłuż krawędzi rozpadliny, która dawniej była tętniącą ruchem arterią, kryjąc się w gąszczu traw i krzewów porastających potrzaskane, poszarpane płyty chodnika.
W górze, w gęstniejącej mgle, nagle przemknął z piskiem nietoperz. Szczur przycupnął na krawędzi ogromnego leja, przecinającego ulicę i chodnik. Koniec rozpadliny wrzynał się w pękniętą fasadę budynku. Puste oczodoły spalonych okien ziały w ciemnościach upiorną pustką. Na dnie krateru, kilka metrów poniżej, lśnił oleisty szlam, wypływający z zapchanych błotem, bagnistych jelit sieci ściekowej. Nad zaropiałą powierzchnią unosił się duszący, gęsty odór zgnilizny i rozkładu. W gęstym mule wiły się gdzieniegdzie obłe ciała ślepych, podobnych wężom istot. Szczur zapuścił się na dno krateru, skacząc pomiędzy potrzaskanymi odłamkami betonu i stopionego, czarnego szkliwa. W mrocznych otchłaniach kanałów rozpoczął polowanie na cuchnące trupem mięso.

Nietoperz wyłowił z kakafonii dźwięków ruch szczura zbiegającego w rozpadlinę i wykonał nagły nawrót w powietrzu, omal nie ocierając się o wypalone, potrzaskane ściany wieżowców, tworzące ten upiorny kanion. Nocny ssak zatoczył łuk i wpadł w wypalone oczodoły wybitych okien, ginąc w atramentowym mroku.
Po drugiej stronie ulicy, ponad rozerwanymi kikutami zniszczonych latarni wznosiła się monumentalna fasada osiedla „Prosperity Wells”. Tony szklanego miału ze strzaskanych lustrzanych szyb wieżowca zalegało hałdami zapadnięty chodnik. Wśród pyłu walały się ubłocone, porozbijane fragmenty gzymsów i posągów oderwanych eksplozjami od tej niegdyś dumnej budowli. W promieniach jasnego słońca te pokryte chromem i lustrami ściany lśniły z daleka. Za fasadą, ciągnącą się na przestrzeni kilku kilometrów, osiedle rozrastało się w głąb, do wnętrza miasta., pośród szerokich ulic i okalających je placów. Ze wszystkich stron gigantycznego czworoboku, gładkie, twarde ściany, do wysokości wielu pięter pozbawione jakichkolwiek otworów, zamykały dostęp do wnętrza. Cztery bramy na czterech bokach osiedla były jedynymi wejściami do tej enklawy. Ścisła ochrona i najnowocześniejsze systemy elektroniczne broniły dostępu do „Prosperity Wells”. Poza jego mieszkańcami, nikt nie miał tam wstępu. Ci zaś rzadko opuszczali swą ekskluzywną enklawę, stanowiąc w zasadzie samowystarczalną społeczność. Pięć tysięcy rodzin zamieszkiwało „Prosperity Wells” przed wybuchem Wielkiej Wojny. We wnętrzu tego ogromnego czworoboku rozciągało się patio, częściowo przykryte szklaną kopułą. Na wielu poziomach przestrzeń przecinały podwieszone estakady i tarasy, gęsto porośnięte egzotyczną roślinnością. Na poziomie gruntu ciągnęły się długie szeregi sklepów, kin, teatrów, zakładów usługowych i innych miejsc użyteczności publicznej. Tysiące ludzi tworzyło tę zamkniętą, hermetyczną enklawę w sercu ogromnego, miejskiego molocha, chroniąc się przed zgiełkiem i okrucieństwem świata powoli osuwającego się w otchłań chaosu. Ludzie z „Prosperity Wells” nie uciekli nawet, gdy na miasto upadły pierwsze bomby. Naloty zresztą obeszły się z osiedlem łagodnie – zaledwie kilka ładunków eksplodowało wśród instalacji oazy.

Kiedy jednak do działań zbrojnych zaprzęgnięto również mass-drivery i świat pogrążył się w piekle masowych, szalonych rzezi, kiedy miliony litrów toksycznych gazów zalały miasto – w „Prosperity” nie pozostał nikt prawie. Ci zaś, którzy ocaleli z pogromu w podziemnych schronach porzucili swoje siedziby i gnani strachem, oszaleli przerażeniem, uciekli w dal, gdzie ponoć istniało jeszcze cywilizowane życie.
Gdy zakończył się exodus, miasto pozostało martwe i zimne we władaniu szczurów i ślepych, oślizgłych robaków, których miriady roiły się, wypełzając z trzewi miasta aby pożreć ciała milionów ofiar zmasakrowane toksynami. Minęły tygodnie nim opadły chmury gazu a deszcze zmyły chemiczny, morderczy osad. Przez miesiące miasto niszczało, zapadało się w sobie. Pękały nadwątlone bombami ściany, osuwały się stropy gnijących kanałów, padały na ziemię napowietrzne estakady.
„Prosperity Wells” stało nadal, mroczne i porzucone. Spośród mieszkań, większość opuszczono w pośpiechu, często pozostawiając działające sprzęty – efektem tego w początkowym okresie były częste pożary, które strawiły wiele pomieszczeń. Gazy bojowe zabiły początkowo wszelką roślinność, ale już wkrótce zielsko rozpleniło się bujnie. Miasto powoli porastało prawdziwą dżunglą.

Aż wreszcie pewnego dnia, wiele lat po wojnie, w mieście znów pojawili się ludzie. Z zachodu nadciągnęła kawalkada jeźdźców. Zaadoptowane do nowych warunków pojazdy pochodzące z zasobów wyniszczonych armii pozwoliły ludziom znów wędrować. Ci nowi Nomadzi nazywali siebie Ocalonymi. Chcieli stanowić prawo i przywrócić życie temu zamordowanemu krajowi. Większość z nich ruszyła dalej po kilkudniowym plądrowaniu miasta. Nieliczni zostali. Niektórzy z nich zapuścili się również w opustoszałe labirynty „Prosperity Wells”.

Mimo szczytnych początkowo ideałów, wielu Ocalonych zdegenerowało się. Życie pośród gruzów i spustoszenia, na wielkim cmentarzysku, nie było łatwe. Powoli lecz nieubłaganie sami przeistaczali się w szczury, z którymi dzielili swą plugawą dziedzinę. Piętnaście lat po wybuchu Wielkiej Wojny nikt nie pamiętał już co było jej przyczyną. I nikogo to bynajmniej nie obchodziło.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.